Amsterdam – Niedziela, która pękła

ROMEO Netherlands

ROMEO: Netherlands to powstający dokument, który wybucha jak granat – 300 stron faktów, obrazów i osobistych relacji z najbardziej brutalnych protestów w Holandii od lat 80. To nie jest kolejny akademicki raport ani sucha analiza. To manifest pisany z bruku – przeze mnie jako fotoreportera, którym przez trzy lata byłem w centrum wydarzeń.

Książka odsłania kulisy pandemicznych demonstracji w Amsterdamie, Hadze, Rotterdamie i Eindhoven. Pokazuje, jak państwo sięgnęło po środki rodem z podręcznika inwigilacji i represji, a obywatele odpowiedzieli gniewem i odwagą.

Zdjęcia, rozmowy z liderami ruchów oporu, spotkania z politykami i osobiste notatki z pola bitwy. To opowieść o systemie nadzoru, zastraszania i kontroli – ale też o ludziach, którzy powiedzieli „nie”.

ROMEO to kod, gra słów, symbol tajnych oddziałów i niewidzialnych granic. To książka o Holandii, jakiej nie zobaczysz w folderach turystycznych.

Przed burzą

Niedziela 24 stycznia 2021 miała smak kawy i zimnego wiatru. Museumplein od rana przypominał piknik, nie pole bitwy. Transparenty rozwijały się powoli, dzieci biegały po trawie, ktoś rozdawał ulotki, ktoś inny śpiewał. Media nazywały to „zakazanym zgromadzeniem”, a dla nas to była niedziela jak każda inna – tylko z większymi nerwami. Policja stała jeszcze w rezerwie, widać było furgonetki zaparkowane w bocznych uliczkach. W powietrzu unosiło się złudzenie, że może tym razem przejdzie bez konfrontacji.

Ale w Amsterdamie nie ma „tym razem”. Tu każdy protest staje się testem systemu, a każdy system prędzej czy później pokaże zęby.

Krzyk. Pierwsze wejście oddziału prewencji. Tarczownicy ruszyli do przodu, jak fala czarno-żółtych skorupiaków. Konie z południa placu zaczęły spychać tłum ku centrum, psy wyły, a wśród demonstrantów poleciały pierwsze kubki i butelki. Widziałem ludzi z telefonami, którzy zamiast uciekać, transmitowali na żywo, jakby sam fakt oglądalności mógł ich ochronić. Nie chronił. Armatka wodna przecięła powietrze i zmyła z twarzy ten złudny uśmiech wolności.

Kobieta i wózek

Wtedy to się wydarzyło. Starsza kobieta, w fioletowym płaszczu, została pchnięta. Upadła ciężko, obok pustego wózka inwalidzkiego, który stał niczym niemy świadek. Pies policyjny ciągnął smycz, szczekał, a policjant z tarczą zrobił to, co miał w szkoleniu: potraktował człowieka jak przeszkodę, z buta.

© Amsterdam Museumplein / Foto: Krzysztof Kubicki AP

Kopnięcie.

Trzy razy nacisnąłem spust migawki. Raz, by udokumentować. Drugi raz, by nie zapomnieć. Trzeci raz – bo nie wierzyłem, że państwo, które w folderach chwali się „najlepszą demokracją na świecie”, potrafi kopać własnych obywateli na środku placu.

Tłum ruszył. Krzyk zmienił się w furię. Ludzie, którzy przyszli z balonami i transparentami, nagle stali się tarczą dla innych. Policja rozdzielała grupy jak ogień suchą trawę – brutalnie, bez litości, w stylu, który znamy raczej z kronik zamieszek w Ameryce Południowej niż z serca Unii Europejskiej.

Zostałem w środku. Nie mogłem odejść – mój aparat był jedyną bronią, jaką miałem. Widziałem oczy ludzi, którzy po raz pierwszy w życiu zrozumieli, że państwo nie jest opiekunem, tylko przeciwnikiem.

Kiedy kurz opadł, Museumplein wyglądał jak pole po bitwie. Rozbite okulary, porzucone transparenty, wózek inwalidzki stojący samotnie na środku trawy. Starsza kobieta zniknęła – zabrana przez innych, przez medyków, może przez los.

Ja miałem trzy zdjęcia. Trzy dowody, trzy świadectwa, trzy krzyki zamrożone w kadrze.

I wiedziałem jedno: to nie była już tylko historia o COVID-zie, o maseczkach czy zakazach. To była historia o granicy, którą władza przekroczyła. A ja, Polak z aparatem, mogłem to pokazać światu.

Krzysztof Kubicki

error: Nie kopiuj !!