
Zdjęcie, którego nie powinienem zrobić.
Demonstracja przypominała improwizację jazzową – każdy grał swoje solo, nikt nie słuchał reszty zespołu. Tłum biegł w kółko jak stado kurczaków bez głów, rozpaczliwie szukając wyjścia, które nigdy nie istniało. Ja byłem jednym z nich – tylko że z kamerą w dłoni. Moje oczy widziały więcej. I to właśnie mnie zgubiło. Przez wizjer aparatu złapałem twarz ministra Thierry’ego Baudeta. W samym środku Dam Square, w morzu chaosu, uśmiechał się do kamer jak aktor drugoplanowy, który dostał rolę w spektaklu pod tytułem „Państwo opiekuńcze”. Za nim bodyguard – zbyt elegancki, zbyt sztywny. W jednej chwili jego kieszeń ożyła. Telefon. Ekran błysnął cyframi. Sekwencja, która wyglądała jak kod, jak znak z innego wymiaru. Pstryknąłem migawką. Kadr, którego nie powinienem mieć. Minister, ochroniarz, numer. Protest wokół szalał. Bannery z hasłami „Freedom is not for sale” i „QR = Prison” łopotały nad głowami. Policja waliła pałkami, gaz łzawiący ciął gardła, syreny zawodziły jakby samo miasto krzyczało. A ja miałem w aparacie coś większego niż krzyk tłumu – dowód na to, że teatr ulicy ma kulisy.To zdjęcie otworzyło puszkę Pandory.

Willem, lider w niebieskiej kurtce, dostrzegł mnie w tłumie. – Ty, z kamerą! – zawołał. – Chcesz prawdziwej historii? Spotkaj się ze mną po wszystkim! Czy był prorokiem, czy manipulatorem? Nie wiedziałem. Wiedziałem tylko, że jego słowa pachniały sensacją i króliczą norą.

Anna z Reutersa podeszła blisko, mokra od deszczu, jej kamera dyndała jak nóż. – Co masz? – spytała. Pokazałem jej zdjęcie. Numer na ekranie telefonu. Zamilkła na chwilę, a potem szepnęła: – Wiesz, co to znaczy? Wszyscy mówią o deep state, o kodach.– Bzdury – odpowiedziałem, choć wiedziałem, że kłamię. Kiedy kilka minut później sprzedałem zdjęcia agencji, poczułem ulgę i ciężar naraz. Wystarczy, by zapłacić czynsz. Ale też bilet w jedną stronę. Drapieżnik i ofiara. Od tamtej chwili byłem oznaczony. Anna ostrzegła: – Romeo’s filmują. Zawsze ktoś patrzy. I miała rację.

Romeo’s – policyjni tajniacy – działali jak drapieżniki. Nie rzucali się na tłum otwarcie. Czekali. Wyciągali jednostki, neutralizowali, znikali. Zwykły obywatel, matka, senior – każdy mógł zostać wpisem w tabeli, jednym z „wyciągniętych”. Ja też stałem się jednym z wpisów. Z chwilą, gdy wysłałem to zdjęcie, ktoś gdzieś kliknął „oznacz”. Moje dane, moje ruchy, moje zdjęcia – wszystko stało się częścią gry, w której już nie byłem tylko reporterem. Kim byłem w tej grze. Myślałem o sobie jako o outsiderze. O kurczaku z kamerą. Ale coraz bardziej rozumiałem, że kamera nie chroni. Ona stawia na celowniku.
Byłem obserwatorem, ale stawałem się graczem. Zdjęcie ministra i numeru w tle protestu było czymś więcej niż „hot content”. Było kluczem do drzwi, które nie powinny zostać otwarte. A ja, zamiast uciec, nacisnąłem migawkę. Ten incydent obnażył trzy dynamiki jednocześnie: Tłum kontra rząd – chaos, gniew i improwizacja kontra chłodna, ukryta kontrola.
Krzysztof Kubicki
